Pojechaliśmy w kierunku Alba Iulia, by jak najszybciej wjechać na sławną Transalpinę. Jak najszybciej, bo w chorych umysłach rumuńsko-unijnych urzędników zapłonęła myśl o zalaniu asfaltem i betonem tej bodaj najpiękniejszej w Europie oficjalnej offroadowej drogi. Przy nakładzie niemałych pieniędzy Rumuni ochoczo demolują piękny krajobraz lejąc kilometry ‘czarnego’. Nam się udało jeszcze przejechać kilkadziesiąt kilometrów po szutrach, wolno tocząc się nad kilkusetmetrowymi urwiskami, prześlizgując się przez grzbiet o szerokości około 3m, patrząc w obie strony w dół z wielkim szacunkiem dla majestatu gór. Podziwialiśmy przepiękny, porośnięty barwnym kwieciem wodospad, przeciekający przez konstrukcję kamiennej grobli. Niedługo będzie tu beton i asfalt, kwiatki zostaną na zdjęciach. Kilka kilometrów dalej wjechaliśmy w chmury, a widoczność sięgała 2-3 metrów. Następnych kilka kilometrów dalej znów były chmury – dymu z kominów maszyn lejących asfalt. Transalpina wije się w ostatnich konwulsjach. Zabiła ją komercja.
Poniżej kilka zdjęć z trasy.
Po wyjechaniu z Rumunii, a właściwie wypłynięciu, za jedyne 65 euro, dopłynęliśmy po kilkunastu minutach do bułgarskiego brzegu Dunaju. Wcześniej, oczekując na prom, poznaliśmy właściwie nie wiem kogo. Urodził się na Śląsku, na jego suzuce widnieje flaga niemiecka, pojazd zarejestrowany w Arizonie, USA. Podróżuje ze swym niepełnosprawnym, chyba przybranym, synem z Tajlandii. Sympatyczny facet objechał pół świata, teraz przez Turcję zmierzał do Syrii. Kilka godzin później zwiedzaliśmy posadowioną wśród czerwonych skał turecką twierdzę, w której cieniu przycupnął meczet. Przemknęliśmy przez Montanę, do Bułgarii jeszcze wrócimy. Teraz przed nami Macedonia. Malutki ruch na drogach, brak informacji turystycznej, ludzie sympatyczni, piękne krajobrazy.
„Chwilę” później jesteśmy już w Grecji. Przeskok cywilizacyjny w stosunku do sąsiada, szczególnie sieć dróg. Pobocza obsadzone pięknie kwitnącymi krzewami, egzotyczne dla nas cyprysy, palmy. Tysiące fantastycznych zatoczek, kuszących szafirową wodą o temperaturze 28 stopni. ‘Odkryliśmy’ na jednym z cypli malowniczą trasę offroadową z przepięknymi widokami na morze. Oprócz doznań estetycznych daje też dawkę adrenaliny, szczególnie gdy się porusza naszym wynalazkiem o wysokości 230 cm. Niektóre zjazdy wprost na plaże potrafią naprawdę przyspieszyć oddech. Dodatkową atrakcją są spotkania na szlaku z półdziko żyjącymi greckimi bydlątkami, które bardzo niechętnie ustępują miejsca samochodom. Noclegi na dzikiej plaży. Koncerty tysięcy cykad, dalej jedziemy na północny wschód. Górskimi serpentynami docieramy do klasztoru i dalej, dalej jeszcze w góry szutrami. Widoki, widoki…
Później wspinamy się krętą szosą, pośród tłumów pielgrzymów, do kolejnego sanktuarium. Noc spędzamy wśród wzgórz pomiędzy dwoma wioskami, z których dobiega dźwięk greckiej muzyki ludowej. Grecja świętuje 15 sierpnia.
Na przejściu grecko-bułgarskim krótki wykład o budowie naszego pojazdu, Grecy są zachwyceni. Mkniemy przez muzułmańską Bułgarię. Meczety, kobiety w tradycyjnych strojach. Odwiedzamy targowiska. Za kolejnym przepięknym pasmem gór, mknąc serpentyną dróg, wjeżdżamy do ‘europejskiej’ Bułgarii. Wieczorem zwiedzamy jeszcze cerkiew Narodzenia Chrystusa. Znowu podjazdy i zjazdy, setki zakrętów.
W sobotę, 22 sierpnia, po 3 tygodniach i pokonaniu 6238 km przez terytoria Polski, Słowacji, Węgier, Rumunii, Bułgarii, Macedonii i Grecji, wróciliśmy do domu. Poniżej kilka zdjęć z ostatniego etapu wyprawy, obszerniejsza relacja wkrótce.









